budowa domów
Trwałość
Tutaj Kanadyjczyki bronią się oczywiście słabiej od budynków murowanych, ale tylko tych dobrze wymurowanych. Ich trwałość można określić na około 100 lat. To oczywiście średnia wartość. budowa domów Te błędnie wykonane rozpadną się razem z wadliwie wykonanym domem murowanym. Te wykonane zgodnie ze sztuką i dobrze konserwowane będą godnie konkurować z innymi technologiami. Warto pamiętać że trwałość Kanadyjczyka determinuje nie technologia a trwałość użytego drewna, jego zabezpieczenie i właściwe użytkowanie. Przykład – w miejscowości, gdzie osiedlili się moi rodzice, murowany dom parafialny z 1917 legł w gruzach ok. 15 lat temu, a pobliski drewniany dwór z XIX w. służy nadal za schronienie kilku rodzinom, mimo wątpliwej opieki PGRu do którego należał. Jednak faktem pozostaje, że niektóre kilkusetletnie historyczne budowle murowane są niedoścignionym wzorem dla konstrukcji drewnianych. Chyba, że wykażemy się japońską cierpliwością i umiłowaniem tradycji – japońska drewniana świątynia na wyspie Hoshu istnieje od 1800 lat i jest odbudowywana co 20 lat. Zachodzi inne pytanie – czy na kontynencie, który w swej historii nie doświadczył pięćdziesięciolecia bez wojen i olbrzymich zniszczeń, gdzie migracja za pracą determinuje obecnie styl życia i konieczność częstych zmian adresu, a dzieci nie chcą już mieszkać z rodzicami, dom nadal musi być wieczny ? Dla niektórych na pewno tak. Dla innych na pewno nie. Warto zauważyć, że standardowym wymogiem projektowania większości jest zapewnienie im właśnie 100 letniej żywotności. Ile jest wokół nas domów 50 letnich ? Jeżeli policzyć by wszystkie stare kościoły na ścianie wschodniej, wdzięczne chałupy na Polesiu, Podhalu, Kurpiach i Mazurach nie wiem czy nie okazałoby się, że ich liczba dorównuje zabytkom murowanym, a ich wiek przekracza 50 lat. Tylko w rejonie Mazowsza istnieje około 100 dworów drewnianych w wieku 75-250 lat.
Energooszczędność
Energooszczędność jest jedną z niezaprzeczalnych zalet tych domów, składających się głównie z materiałów izolacyjnych. Tymczasem są tacy, którzy twierdzą, że to domy zimne.Znowu pozwolę sobie odwołać się do podstaw – budownictwo szkieletowe i murowane prezentują dwie różne metody zatrzymywania ciepła.
Akumulacja
Domy murowane posiadają dużą pojemność cieplną. Wyroby ceramiczne, beton to materiały o dużej możliwości gromadzenia ciepła sporych zdolnościach przewodzenia i oddawania ciepła do otoczenia. Najprościej mówiąc, aby ogrzać cegłę, należy poświęcić na to dużo energii. Jest ona materiałem zimnym i będzie zachłannie pobierać ciepło dopóki się nie naładuje. – trochę jak bateria. Teraz, kiedy jest ciepła, jej ogromną zaletą jest, że ciepło to będzie oddawać do otoczenia. Możemy ją przenieść i ogrzać np. pierzynę , lodowatą wodę itp. W domach właściwości te objawiają się następująco : Aby ogrzać wychłodzony dom murowany (np. na początku zimy), potrzebujemy dużo energii na ogrzanie samej konstrukcji do akceptowalnego dla nas poziomu – trudno w takim domu o nagłe zmiany temperatury. Kiedy już ciepło skumulowane jest w masie budynku, wystarczy ogrzewać pomieszczenia w celu podtrzymania temperatury. Jedną z konsekwencji takich właściwości materiałów ceramicznych jest fakt, że nawet gdy ściana jest o kilka stopni chłodniejsza od ludzkiego ciała, oparciu się o nią plecami towarzyszy poczucie dyskomfortu. Podobnie jest chodzeniem boso po kafelkach – teoretycznie ich temperatura jest znośna, jednak przy kontakcie z cieplejszym ciałem, będą dążyły do wyrównania temperatury i odbierały od nas ciepło, aż do pełnego naładowania. Pamiętać należy, że materiały o podobnych cechach równie łatwo ciepło oddają jak pobierają. Dlatego też, tak intensywnie ociepla się domy murowane, które bez dodatkowej, porządnej warstwy izolacyjnej stanowia dziurę bez dna w naszej kieszeni – ogrzewamy atmosferę ponieważ nasze ściany są doskonałym przewodnikiem ciepła…
------------------------------------------------------------
Rozwód wisi w powietrzu
W wieku 27 lat zrobił doktorat, w wieku 32 lat — habilitację. Lata 80. spędził głównie za granicą. Po habilitacji pracował rok w laboratoriach France Telecom w Paryżu. Nowe kontakty, nowe wyjazdy, m.in. na Uniwersytet w Adelajdzie w Australii czy do USA, gdzie pracował jako naukowiec i menedżer. Naukowiec spełniony: dyrektor centrum badawczego, setka publikacji w zagranicznej prasie fachowej i książek, wykłady na renomowanych uczelniach. Menedżer — z perspektywą i notesem pełnym kontaktów (głównie w telekomunikacji), na dewizowym koncie też coś niecoś.
— Wiedziałem, jak uczelnia może zarabiać na siebie, jak się walczy o pieniądze, o zlecenia od przemysłu, o granty. Spostrzegłem też, że mam smykałkę do przyciągania kontraktów na uczelnię — mówi Filipiak.
W 1989 r. wrócił do kraju. Jakby na przekór rodzącej się właśnie emigracji zarobkowej. Zatrudnił się w katedrze telekomunikacji AGH. Inna rzeczywistość.
— Szara, smutna i biedna. Ludzie sfrustrowani, przygnieceni nowymi realiami, niepotrafiący się w nich znaleźć, sprzęt naukowy archaiczny. Pierwsze miesiące były naprawdę trudne — wspomina Filipiak.
Do czasu. Zaprocentowały zagraniczne kontakty. Zlecenia zaczęły płynąć strumieniem. Akademia dostawała 40 procent, resztę wykonawcy. Z czasem było ich tyle, że coraz trudniej było „przepuszczać” je przez uczelnię. Niektórzy nawet się dziwili, dlaczego Filipiak woli dzielić się z uczelnią, zamiast otworzyć własną firmę.
— Pewnego dnia ówczesny dziekan AGH Lidia Maksymowicz nie wytrzymała: Janusz, my naprawdę nie wiemy, o co ci chodzi — mówi Filipiak.
Zarabiał dla AGH olbrzymie pieniądze. Jednak podczas głosowania, gdy odnawiano jego nominację na kierownika katedry telekomunikacji, wygrał przewagą ledwie czterech głosów. Może to przez partyjną przeszłość, a może koleżeńską zawiść. Było rozgoryczenie. Na pewno. Rozwód wisiał w powietrzu.
Żona Elżbieta walnie się do tego przyczyniła:
— Wiedziałam, że wiedza Janusza ma dużą wartość komercyjną, że robi potężne kontrakty i intuicyjnie czułam, że powinien je realizować poza uczelnią, a nie w jej ramach — wspomina Elżbieta Filipiak.
Kiedy na początku lat 90. AGH dostała od Telekomunikacji Polskiej potężne zlecenie na realizację systemu informatycznego, ówczesny rektor AGH wezwał Filipiaka na dywanik.
— Powiedział wprost: Janusz, wynajmij od nas jakieś pomieszczenie i poprowadź ten projekt jako zewnętrzna firma — opowiada Filipiak.
Skończył się czas profesora. Zaczynał — biznesmena.
Granica poznania
W 1991 r., mając 40 lat i tytuł profesorski, Filipiak postanawia odejść z nauki do biznesu. Dla pieniędzy? Kiedy to słyszy, potrafi potężnie zakląć i wkurzyć się na maksa. Twierdzi, że rozwód z nauką wziął także dlatego, że nic nowego nie dało się już odkryć.
— Traktowałem pracę naukową bardzo poważnie, ale z czasem zaczęła przypominać kręcenie się wokół własnego ogona. Dotarliśmy głęboko w głąb atomu i nie było szans, żeby lepiej poznać mikroświat, nie było i nie ma narzędzi poznawczych. To samo z astrofizyką. Osiągnęliśmy pewną granicę poznania, poza którą wyjdziemy, gdy dostaniemy odpowiednie narzędzia, a na takie nikt na razie nie ma pomysłu. Jedyne, co można, to spekulować na bazie wciąż tych samych faktów — mówi Filipiak.
Za marzenia nikt nie płacił, pieniądze szły głównie na badania komercyjne, a Filipiak potrafił je przyciągać. Zresztą do dzisiaj lubi, gdy zwraca się do niego per profesorze, a nie prezesie.
Czas na parkiet
W 1992 r. Filipiak założył Computer and Communications Consultants. Klasyczny „spin off”. W Ameryce niejeden profesor miał własną firmę wykorzystującą bazę intelektualną swojej uczelni. Tak powstały chociażby CISCO, SAS Institute czy HP. W Polsce też wielu profesorów ma własne firmy, ale żaden nie poszedł na całość, rezygnując z bezpieczeństwa socjalnego.
— Początkowo firma mieściła się w 16-metrowym pokoju w budynku Akademii. Numer 413 znał każdy student — mówi Filipiak.
Potem doszedł drugi, wkrótce trzeci, po roku całe piętro, potem drugie. Jesienią 1994 r. Filipiak zarejestrował spółkę akcyjną Comarch, która po roku zatrudniała 150 osób. Po pięciu weszła na giełdę. Znowu dzięki żonie:
— To prawda, założenie spółki akcyjnej i wprowadzenie jej na giełdę to pomysł Elżbiety — przyznaje Filipiak.
Giełda uwiarygodnia w oczach klientów i własnych. Dotąd ulubionym dowcipem konkurencji było: Comarch? Ta studencka firma? Ale w marcu 2001 r. Comarch wszedł, na blisko trzy lata, do indeksu WIG20. Nagle pękła internetowa bańka. Nad firmą zawisły burzowe chmury. Spółka straciła flagowy kontrakt z Telekomunikacją Polską u swojego kluczowego klienta. Poszło o system billingowy. Operator zrezygnował z Tytana na rzecz Seratu, spółki Spin.
— Otarliśmy się o bankructwo. Straciliśmy Telekomunikację, przychody zmalały, a ludzie zaczęli odchodzić do konkurencji. Kiedy wszystko się waliło, kazałem kupić 100 renault megane, żeby zatrzymać najlepszych ludzi — mówi Filipiak.
Kosztowne, ale się udało. Comarch otrząsnął się i ruszył na podbój zagranicy.
— Żeby pokazać, że Polak jednak coś potrafi — przekonuje profesor, który od dawna marzył o ekspansji zagranicznej. Nie bez powodu „biznes” wypowiada z angielskim „y” zamiast „i”. Firma stanęła na nogi, głównie dzięki zagranicznym kontraktom w telekomunikacji.
Ten cholerny rozwój
Kto był w siedzibie Comarchu w Krakowie, obok muzeum lotnictwa, ten nie pomyli jej z żadną inną. Wejście przez wielki okrąg, architektura jak z Le Corbusiera. Wewnątrz: szkło, słońce i aluminium. I mnóstwo młodziaków w rozciągniętych swetrach. Luzik. Garnitur? Rzadki widok.
Ale jest dobrze. Biznes się kręci. Filipiak nie siedzi z rękoma na brzuchu i nie kręci palcami młynków, patrząc, jak kasa pcha się drzwiami i oknami. Ma problem.
— W ekonomii jest dobrze, mamy mnóstwo roboty, kontraktów. Wyczynem jest zarządzanie firmą w warunkach tak gwałtownego wzrostu — narzeka profesor.
Bo parowóz jedzie za szybko?
— Nie ma komu węgla dosypywać. Zresztą żeby to był jeden parowóz i jedne tory, to jeszcze pół biedy. Rozwój i nowe kontrakty wymagają co rusz nowych pracowników. A z nimi krucho — martwi się Filipiak.
Na tablicy informacyjnej w centrali powiewają pożółkłe ze starości karteczki z ofertami typu: Lille, Francja, informatyk; Stany Zjednoczone, Meksyk — informatycy, kierownicy projektów, Singapur — programiści. Jak w biurze podróży. Może Filipiak ma węża w kieszeni, a za friko to nawet do Meksyku nikomu się nie śpieszy?
— Rzecz w tym, że pensje mają tam takie jak w Polsce. Już nie te czasy, gdy za granicą zarabiało się więcej niż w Polsce. Pamiętam, że jako adiunkt zarabiałem 20 dolarów, a na pierwszym kontrakcie, we Francji — tysiąc. Jadąc z Comarchu na kontrakt do Miami, informatyk zarobi 6 tys. dolarów miesięcznie. Tyle co w kraju. Więc po co mają wyjeżdżać. Dwa lata temu do Brukseli nawet za 6000 euro plus trzypokojowe mieszkanie nie mogłem skusić pracownika. Doszło do tego, że nasz człowiek w Lille jest droższy od Francuza. Tyle muszę mu zapłacić, żeby chciał wyjechać. Bo ludzie liczą i rozłąkę też wliczają w koszty. Murarze czy lekarze wyjeżdżają, informatycy zostają, bo tyle co na Zachodzie zarobią kilka przecznic dalej, i to w tej samej firmie — analizuje Filipiak.
Jak chce się jechać szybką lokomotywą, to węgla trzeba więcej i szybciej dokładać.
— Koledzy dyrektorzy dwa miesiące pracowali nad regulaminem korzystania z podziemnego parkingu. W Ameryce tylko zarząd i nobliści mają swoje miejsca na firmowych parkingach, u nas nawet szeregowi pracownicy — mówi Filipiak.
System płac w Comarchu jest nietypowy. Pieniądze idą za człowiekiem, nie za stanowiskiem. Efekt: zwykły informatyk często zarabia więcej niż szef jego komórki.
— Generalnie jest dobrze, choć wciąż coś trzeszczy — podsumowuje Filipiak.
I dobrze, że trzeszczy, bo taka jest melodyka biznesu. Coś musi piszczeć, skrzypieć, pękać, pruć się. Bo cisza w biznesie jest złowroga.
Cracovia Pany
Profesor niedawno strzelił bramkę. Z podania Majewskiego.
— Na boisku Cracovii. Stefan postawił mnie pięć metrów od bramki, mówiąc, żebym stał i się nie ruszał. Raz mi podał, nie trafiłem. Drugi raz to samo. Za trzecim strzeliłem gola — wspomina Filipiak.
Rzecz ważna. W bramce stał bramkarz.
— Często sobie gramy na Cracovii. Na poważnie, bez udawania. I faulowania — dodaje Filipiak
Słowem, fajny układ: nie faulują, forów nie dają, a czasem pozwolą nawet bramkę strzelić. Jest kibolem. Nie opuści żadnego meczu. Zwłaszcza Cracovii
Cracovia to najstarszy działający klub sportowy w Polsce. 49 proc. udziałów w klubie należy do Comarchu. Kibice Pasów często po wygranych meczach skandują: „Profesorze, dziękujemy!”. Kochają go, bo zawsze jest na trybunie, elegancko ubrany, owinięty klubowym szalikiem. Również za to, że dzięki jego pieniądzom klub wyszedł z piłkarskiego zaścianka, z cienia Wisły Kraków, i w dwa lata z biednej trzeciej ligi wspiął się do ekstraklasy.
— Nabycie Cracovii dało nam dużego kopa w sensie postrzegania: skoro firma ma klub piłkarski, musi być duża, tak myślą ludzie. Od tej pory piszą o nas „duży koncern informatyczny” — tłumaczy Filipiak.
— Trzy lata temu pojechałem do Wodzisławia Śląskiego na mecz Odry z Cracovią. Wchodzę na stadion. Ludzi od groma. Cisza. Wszyscy czekają z napięciem na zawodników. Nagle jeden kibic z daleka krzyczy: Filipiak, ty ch...! Wtedy zrozumiałem, inwestycja w Cracovię opłaciła się, trafiłem pod strzechy — żartuje Filipiak.
U Wierzynka
Przy krakowskim rynku jest miejsce ściśle związane z Filipiakami. To Wierzynek. Jego właścicielką jest Elżbieta Filipiak na spółkę ze skarbem państwa, który ma niecałe 2 proc. udziałów.
— Poznaliśmy się w akademiku. Oglądał się za mną na schodach. Ja za nim też. Janusz kończył studia, ja zaczynałam — wspomina Elżbieta Filipiak.
Dobrze się dobrali. On, zodiakalny Lew, ona Strzelec. Każde uparte. Wady? Władczy.
— Wszystkich popędza. Kiedy ktoś coś wolno robił, mawiał, że gdyby on działał w tym tempie, to do dzisiaj byłby magistrem — wspomina Elżbieta Filipiak.
Do dzisiaj przechowuje list, w którym mąż opisuje swoje obawy przed wchodzeniem w biznes.
— Bał się, że zatracimy się w biznesie, a wtedy nasze życie stanie się uboższe. Wiedzieliśmy, jak wygląda prawdziwy kapitalizm i jak potrafi zniszczyć życie wewnętrzne. Udało nam się na szczęście tego uniknąć — mówi Elżbieta Filipiak.
Oboje uwielbiają książki. Dzień kończą wieczornym czytaniem, przed snem. Ona — harlequiny, on — kryminały. Dla wyciszenia.
źródło : onet

digg it
del.icio.us
No Comments »